Camino de Santiago – wędrowanie część 4

Camino de Santiago
– wędrowanie część 4

Drugi kryzys „ścierkowy” się przydarzył na odcinku Pontevedra – Caldas de Reyes w Hiszpanii. Dzień wcześniej dojście do Pontevedry nie było takie męczące, ale szłyśmy ostatnie 1,5 km przez taką specyficzną ścieżkę leśną, która z każdym metrem wydawała się ciągle ta sama  i nie kończąca się. 

Ostatnie kilometry przed Caldas de Reyes to wybitnie miałyśmy stan „ścierkowy” i w kółko sprawdzałyśmy, ile jeszcze kilometrów, a potem metrów, zostało. I siadałyśmy co 5 metrów :). W markecie nie miałyśmy zbytnio sił, wkurzone, zmęczone i klnące, jakie to my idiotki, że wybrałyśmy się na Camino itp. Dowlekłyśmy się do hotelu i nastąpił klasyczny Caminowy kadr filmowy: “pad umarłych ścierek”. Ścierki się ocknęły po 3 godzinach i stwierdziły, że wszystko wlazło w dupę. 

Na domiar tego wtedy poczułyśmy, na czym polega klimat w Galicji. Zaczęło lać. Pełne dwa dni szłyśmy w deszczu, aż do O Miladoiro (8 km przed metą w Santiago). W O Miladoiro smród ze zmokłych butów zalatywał po całym pokoju. W koszu na śmieci zużyte plasterki Compeed i mocno zniszczone skarpetki. 

Smród, ból, odciski, czasem krew z odcisków to normalka na Camino.

W dniu przed dojściem do O Miladoiro, trafiła się trasa po kamieniach ostro w górę, która zakończyła się kawą i herbatą w bardzo przytulnej przydrożnej kawiarni, gdzie kłębił się tłumek pielgrzymów. W tym miejscu wspomnę, że od Redondeli już szłyśmy w tłumku pielgrzymów  i „Buen Camino” się rozlegało bardzo często. 

Odcinek portugalski był bardziej kameralny i nie taki zapełniony. 

Redondela w Hiszpanii jest znanym punktem startowym dla pielgrzymów, którzy zaliczają tylko 100 km, więc raczej tłumów się nie uniknie. Zresztą Hiszpanka z piekarni w O Miladoiro rozmawiała ze mną, że jednak lepiej ruszyć na Camino Primitivo lub Camino Norte poza sezonem. Na Norte trzeba być przygotowanym kondycyjnie. Na Primitivo też. 

Oczywiście miałyśmy okazję zobaczyć inną formę Camino: zorganizowane biuro, które zabierało walizki do następnego punktu noclegowego a pielgrzymi szli z malutkimi plecaczkami. Patrzyłyśmy wtedy na siebie i mamrotałyśmy: jakie my głupie, że w ten sposób nie podróżujemy. 

No i szłyśmy w zaparte, że musimy dojść do Santiago i koniec kropka. Jak się powiedziało. A to trzeba było powiedzieć Be i na końcu Zet.

No i doszłyśmy wreszcie. Dolazłyśmy do schodów katedralnych i mamie strzeliło kolano. 

Wyglądało tak, jakby kolano zobaczyło katedrę i pokazało mamie środkowy palec. Pielgrzymka już się skończyła, to teraz cierp kobieto. 

Wizje miałam czarne: jak my wrócimy do Porto i do Polski? – miałyśmy bilet na autobus
z Santiago do Porto. Byłam gotowa nocować na lotnisku w Porto, ale w końcu jakoś się udało. Miguel z albergue w Porto opakował mamie kolano mrożonkami i kazał siedzieć. Wcześniej pisałam, że wędrówkę zaczynałyśmy i kończyłyśmy w alberque Miguela w Porto. Miguel nas przyjął na ostatni nocleg, bo widział paszporty pielgrzyma i stempel z Santiago.  Zresztą trudno mnie zapomnieć, skoro otwarcie mówiłam, że jestem głucha. Zamówiłam prywatny transport przez Internet na lotnisko, bo metro jeszcze nie działało w tych mocno rannych godzinach. Umówiłam się z Miguelem, że gdyby firma nawaliła, to mam do niego dzwonić upierdliwie sygnałem a on się obudzi i zamówi taxi. Na szczęście facet mógł się wyspać.

Miałyśmy przesiadkę w Brukseli, mama męczyła się z kolanem – robiła spacerki, bo przy długim siedzeniu jej kolano padało i ciężko było rozruszać. 

Doleciałyśmy na Modlin i autem do domu. 

Papcio zobaczył dwie ścierki jęczące i o dziwo nic nie skomentował, tylko pokiwał głową  i zebrał plecaki. 

Przygoda z kolanem skończyła się rehabilitacją i brakiem komentarzy ze strony papcia. To był wiekopomny znak: papciowi mama mocno zaimponowała. 

Ja padłam w domu i poczułam zmęczenie. ale takie efektywne i wiedziałam, że było naprawdę warto. 

Efekt Camino poczułam po kilku miesiącach. I trwa do dziś. Nie jest to do końca związane z wiarą, jest to związane z poczuciem siebie, że wszystko można. 

Nawiasem mówiąc zazdroszczę tutaj pewnej dziennikarce seniorce z Łodzi Zofii Suskiej, którą miałam przyjemność ogromną poznać podczas wernisaży u mnie w galerii. Ona podróżuje  i wszelki ból, niedogodności życiowe nie mają dla niej większego znaczenia.

Ona idzie aktywnie przez życie. Chciałabym być taka jak ona.

I czuję, że tak będzie. 

(wszystkie fotografie są mego autorstwa)