Camino de Santiago – wędrowanie część 1

Camino de Santiago
– wędrowanie część 1

Najbliższe posty będą taką zbieraniną tego, co się działo w ciągu roku, sumą spostrzeżeń z życia i tego co się działo.

Ostatni okres – za dużo się działo i będzie nadal się dziać. Zmiany tuptają aż miło. Sporo mi się udało w ciągu ostatnich miesięcy wygrać, pokazać, o czymś się przekonać.

Znowu mnie gdzieś nosi, coś bym rozsadziła.

Bywa taki okres natężony, że priorytetem jest realne życie.

No i spełniłam swoje marzenie – Camino de Santiago 😊  z moją mamą w roku 2019.

Czas trochę tu opisać jak wtedy było.

Camino okazało się być czymś nieco wariackim i dziś nie bardzo mogę uwierzyć w to, że przeszłyśmy 240 km na trasie Porto – Santiago. Ale też stanowiło pewien zwrot w myśleniu moim. Efekty po Camino są nie dzień po czy dwa dni po, tylko dopiero po jakimś czasie.

Fakt dawno razem nie byłyśmy jak matka z córką na wycieczce razem. Czas na to nie pozwalał ani okoliczności.

W sumie Camino stało się spontanem. Wykorzystałam na to swój właściwy urlop z nowej pracy w urzędzie. Przed Camino miałam bardzo wariacki czas by zdążyć z wieloma działaniami – byłam i jestem do dziś mocno zorganizowana i planująca czas.

Plecaki popakowane, mama, poinstruowana co ma wziąć, otrzymała zakaz wzięcia kosmetyków (czyli wielkiej kosmetyczki ważącej 1,5 kg – z wielkim bólem serca nie wzięła kosmetyków i faktycznie wyglądała na Camino au naturel. No bo w tym zmęczeniu, to jak się malować. Człowiek wtedy myśli, żeby przejść następne 2 km a nie o tym, że trzeba się rano umalować.

Jedynie wzięłyśmy zestawy plastrów, tabletek, płynów, wazeliny do stóp itp. – czyli leczniczy zestaw początkującego pielgrzyma.

Podróż zaczęłyśmy w Lizbonie – pani ze schroniska bystro się popatrzyła i zapytała: a panie to idą pewno na Camino z Porto? 🙂 i panie kiwały głową, no bo było po nas widać gdzie zamierzamy iść 😊.

Trema była – czy zdrowie da, czy nogi wytrzymają czy psychika da radę.. itp. itp.

Standard myślowy każdego pielgrzyma. Jednak to nie jest takie proste – zwłaszcza, że jest się początkującym i nie zna się do końca własnego organizmu.

Wybór trasy był prosty – Camino de Portugues. Chciałam pokazać mamie Porto, Lizbonę i trochę właśnie Hiszpanii.

Doświadczyłam wreszcie innego rodzaju podróży. Podróży pełnej zmęczenia, bólu (ból nóg to nieodłączny element Camino), uśmiechu i picia cudownej kawy z samego rana.

Ach ta kawa…

cdn