Lubię sytuacje ostateczne

Rozmowa z Katarzyną Kozyrą, 1993 rok:

„Robienie trupów.

Robienie trupów – od początku do końca. Zarzucano mi, że bawię się w śmierć. Nie robiłam tego na zimno. Warunkiem naszego istnienia, naszej egzystencji są śmierdzące flaki. Unicestwianie jest narzędziem bycia, jest warunkiem istnienia komfortu dla rozważania egzystencjalnych problemów, pozwala na luksus filozofii. (…)

Jak to się ma do Ciebie, z tą śmiercią?

Jerzy Kukuczka na tle południowej ściany Lhotse mat. internetowe

Wiesz, okazało się, że postępuje u mnie nowotworowa destrukcja. Ale, że żyjemy w takich czasach, to można ją chemią zatrzymać, więc nie muszę zdechnąć, bo teraz to się leczy. Pozostaje świadomość, że to jedynie przedłużanie, wbrew galopującej destrukcji. Nagle okazało się, że jestem poważnie chora i w dodatku źle mi rokują. Nagle przeskoczyłam na inny poziom świadomości. Poczułam ostateczność. Cóż, lubię sytuacje ostateczne, wolne od dwuznaczności. Właśnie te okoliczności, fakt, że nie muszę z konia robić buta, a i tak nikt się nie domyśli, że to kiedykolwiek żyło, obudziło we mnie uwrażliwienie na destrukcję. Przecież to jest totalna destrukcja, to tutaj, wszystko pospołu.”*

Wspinaczka na Everest, mat. internetowe.

No te sytuacje ostateczne potrafią człeka dobić skutecznie. Pokazać mu faka i szepnąć: g… jeszcze wiesz o życiu. Leżąc w szpitalach czułam swoją śmierdzącą biologię. Swoje flaki. W każdej chwili zgodnie z cytatami heraklitejskimi zachodzi zmiana. Zachodzi destrukcja. Coś się kurczy, coś się powiększa do rozmiaru 15 cm na 4 cm. Oczy patrzące jak śmiertelnie przerażone zwierzątko. Coś się bezpowrotnie niszczy i coś zarazem powstaje. Sytuacje ostateczne powodują, że w tej łepetynie beztroskiej następuje przebłysk i zrozumienie. I się wchodzi na wyższy poziom, przynajmniej ja. Sytuacje ostateczne nie tylko istnieją pod względem fizycznym. Istnieją także w sytuacjach granicznych psychiki. Pozostaje wtedy destrukcja czegoś starego i konstrukcja nowego, nowej rzeczywistości. Fajna sprawa. Bo się okazuje, że można iść dalej. Że zmiana okazuje się być jednak niesamowita. Że „Mount Everest” został zdobyty. A takich Everestów jest bardzo dużo. Może nawet mogą spowszednieć. Gorzej bywa jak się zetknie z „Południową ścianą Lhotse” (fragment wejścia na górę Lhotse, który jest chyba najtrudniejszą trasą do zdobycia dla himalaistów). Albo się z niej spadnie, albo się jakoś obejdzie, by sięgnąć szczytu.

*Cytat pochodzi z książki: Artur Żmijewski  „Drżące ciała – rozmowy z artystami”, seria Krytyki Politycznej, t 2, Bytom – Kraków, 2006