Cisza…

Cisza to moje całe życie. Bardzo ją lubię, bo pozwala mi się skupić na sobie i odbierać w inny sposób świat.

Jakiś czas temu na zapowiedziach na stronie empiku zobaczyłam książkę „Cisza” autorstwa Erlinga Kagge. Pomyślałam sobie: no, ej, znowu jakiś poradnik. A moja recenzja brzmiała tak:

Mam ubaw jak widzę takie książki. Ludzie tęsknią do ciszy, ale jak mają perspektywę głuchnięcia na starość albo głuchną wskutek wypadku, to desperacko się czepiają wszelkich metod medycznych, żeby mieć ten słuch. Ja żyję w ciszy na co dzień po zdjęciu aparatów słuchowych i błogosławię ten stan, bo odcinam się od tego wszędobylskiego hałasu. I cisza wokół jest fantastyczna, a także cisza wewnątrz nas, bez tego chaosu pochopnych emocji. Z ciekawości zobaczę tą książkę po premierze i zerknę.

I zerknęłam.

Cisza wiąże się z powtórnym odkrywaniem przyjemności, jaką sprawia zrobienie sobie przerwy”. Od komórek, od wszechobecnego internetu, od chaosu przypadkowych rozmów, chaosu i potoku czynności codziennych. Cisza najcenniejsza to cisza tworzona przez nas samych, cisza w nas, cisza bardzo osobista.

Wczoraj pobiegłam 12 km, mocno przeszacowałam na oko ilość kilometrów. Wydawało mi się, że jest ich 8. Komórka była schowana w saszetce z napojem energetycznym. I nadal biegłam. Skupiłam się na własnym organizmie, własnym rytmie biegu i wybrałam trasę wiodącą przez Las Łagiewnicki i Arturówek – najbardziej zielony teren miejski na obrzeżu miasta. I cieszyłam się chwilą obecną, tym, że biegnę, tym, że moje myśli są spokojne, tym, że cisza mnie ogarnęła. Nie spieszyłam się nigdzie. Mogłam się odciąć na moment od świata. Po prostu biegłam i biegłam swoim tempem slow. Erling Kagge pisze o doświadczeniach Mariny Abramovic podczas jej performansów, że tak naprawdę najtrudniejszą rzeczą jest wyciszyć natłok myśli podczas odczuwanej ciszy. Bieganie to też walka z takim natłokiem myśli, zwłaszcza, że nie noszę słuchawek i nie słucham muzyki podczas biegu.

Niby miała to być recenzja, jednak nią nie jest. Bo i po co?